./index.php?sid=54870f65c2cea2757877e8f31cf630e1CSIPS




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 1 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: wtorek, 5 marca 2013, 12:23 
Offline
Site Admin
Site Admin
Avatar użytkownika

Dołączył(a): sobota, 20 listopada 2004, 03:05
Posty: 7378
Lokalizacja: Gdynia
Cytuj:
Życie codzienne oddziałów partyzanckich wileńskiej AK (na przykładzie 1. Brygady „Juranda”)
Tomasz Balbus
W okresie międzywojennym Wileńszczyzna stanowiła w podziale administracyjnym Polski odrębne województwo. Ten obszar administracyjny zamieszkiwała ludność dość zróżnicowana narodowościowo i religijnie. Jak pisze Czesław Pławski „Bej”, żołnierz 1. Brygady Wileńskiej AK, „różnorodność wyznań, obyczajów i mowy nie była przeszkodą do przyjaznego współżycia w szkołach i miejscach pracy oraz wspólnych rozrywek. Obok siebie stały tam cerkwie, minarety i bóżnice przez setki lat tłumnie odwiedzane przez oddających hołd Bogu mieszkańców tego kresowego miasta”. Inny z mieszkańców Wilna odnotuje w swoich wspomnieniach podobny obraz: „W naszej klasie uczyło się jakieś 40% Żydów, jeden Tatar Ibrahim Aleksandrowicz, kilku Litwinów i reszta my, Polacy. Nic złego nie mogę wspomnieć z owych czasów”. Żyli tam w zgodzie Polacy, Litwini, Żydzi, Białorusini, Rosjanie, Tatarzy, Karaimi, cała mozaika narodowościowa Kresów Północno-Wschodnich.... Wrześniowa agresja nazistowskiej Rzeszy Niemieckiej i komunistycznego Związku Sowieckiego na Drugą Rzeczpospolitą w 1939 r. zburzyła spokojną dotąd egzystencję mieszkańców tego kresowego regionu.
Przez cały okres okupacji Kresów Północno-Wschodnich II Rzeczypospolitej Wilno było głównym ośrodkiem polskiej konspiracji wojskowej i cywilnej (politycznej). „Pomimo wytyczenia przez okupantów nowych kordonów – jak trafnie zauważa Paweł Rokicki, autor pracy o wileńskiej AK – Wilno pozostało naturalnym centrum polskiej działalności konspiracyjnej, promieniującym w dalekie zakątki ziem byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jego wpływy dalece wykraczały przy tym poza obszar przedwojennego województwa wileńskiego, sięgając do skraju Polesia, poprzez Kowieńszczyznę, aż po Inflanty”. Okręg Wileński był drugim (po warszawskim) liczebnie najsilniejszym okręgiem AK, obejmującym specyficzne, wielonarodowe i kresowe województwo.
Działalność partyzancka AK na Wileńszczyźnie była związana z wypracowaną w Komendzie Głównej w Warszawie koncepcją przygotowań do wybuchu w okupowanym kraju powstania powszechnego, zmienioną następnie w plan akcji „Burza” – podjęcia wzmożonej dywersji i atakowania Niemców w sprzyjającym momencie operacyjnym. Początkowo region ten nie był przewidziany jako obszar działań powstańczych. Jednostki bojowe tamtejszego okręgu AK miały stanowić osłonę głównych działań powstańczych prowadzonych w Generalnej Guberni i części Łódzkiego. W listopadzie 1943 r. koncepcje te zostały zmodyfikowane. Obszar Okręgu Wileńskiego miał od tego czasu wykonywać również działania w ramach „Burzy”, strefowego powstania wybuchającego w momencie załamania się sił niemieckich i odwrotu na Zachód.
Sama egzystencja żołnierzy oddziałów partyzanckich AK operujących na Wileńszczyźnie wiązała się ze specyficznymi warunkami terenowymi i etniczno-religijnymi tego kresowego regionu, porą roku, bezpieczeństwem oddziału oraz stosunkami utrzymywanymi z ludnością cywilną, najczęściej Litwinami, Polakami, Białorusinami. Dobrze znający realia działalności oddziałów polowych Polski Podziemnej żołnierz AK-WiN Jerzy Ślaski w monumentalnym dziele Polska Walcząca, wskazywał na dwie wizje „leśnego” życia partyzanta: „Są dwa stereotypowe obrazy partyzanckich dni powszednich. Według jednego – partyzanci to chłopcy malowani, do których, gdy ze śpiewem na ustach walą przez wieś, z każdego okienka uśmiecha się panienka. Budzi we wrogu paniczny lęk, jak orły spadają mu na kark, nie ma dla nich przeszkód, ani złych dróg, każdego, kto się ośmieli im przeciwstawić zgniotą i zmiażdżą. Drugi obraz to wszy i głód, mordercze marsze w spiekocie, deszczu i śnieżycy, obdarte do krwi stopy i woda chlupiąca w butach, podszyte wiatrem szałasy, napięte nerwy i samopoczucie zwierzyny tropionej przez myśliwych. Obydwa są przejaskrawione”. Ten drugi obraz, jak wynika z wielu przekazów, jest znacznie bardziej trafny niż pierwszy. Partyzantka na Wileńszczyźnie była to ciężka, szczególnie w okresie zimowym (pierwsi „Jurandowcy” poszli „do lasu” na przełomie 1943 i 1944 r. przy 30-stopniowym mrozie), egzystencja zarówno fizyczna, jak i psychiczna żołnierzy, prawie każdego dnia służby. Jako najważniejsze elementy życia codziennego zostały dalej, na przykładzie brygady por. „Juranda”, scharakteryzowane marsze, zakwaterowanie, aprowizacja, wyszkolenie, higiena osobista i uroczystości. Z konieczności ograniczeń czasowych pominąć w niniejszym referacie musiałem takie problemy jak uzbrojenie, umundurowanie, postawy występujące w akcjach bojowych, czy chociażby stosunek do ludności cywilnej, o których szerzej traktować będzie znajdująca się druku monografia 1. Brygady Wileńskiej AK.
W oddziale partyzanckim marsze, w tym te związane z odskokiem po wykonanej akcji czy też koniecznością szybkiego przemieszczenia się na nowy teren, należały wśród „Jurandowców” do codziennej, partyzanckiej egzystencji. Teren działania brygad wileńskich AK był odgórnie zakreślany przez Komendę Okręgu. W ramach wydzielonego obszaru komendant oddziału posiadał już prawie wyłączne kompetencje w sprawach ruchów operacyjnych swojego oddziału. Komenda Okręgu, na podstawie otrzymywanych od dowódców poszczególnych oddziałów oraz inspektorów rejonowych raportów, koordynowała z reguły tylko większe akcje bojowe, marsze demonstracyjne (pokazy siłowe) oraz przygotowania do koncentracji i planowanego szturmu Wilna.
Ze względów bezpieczeństwa marsze początkowo odbywały się głównie nocami (przynajmniej do kwietnia–maja 1944 r.). Śnieg i deszcz, mrozy, bezdroża, lasy, przemierzanie kilkunastu lub nawet kilkudziesięciokilometrowych odległości szybko stały się dla „Jurandowców” doskwierającą codziennością. Jak wynika z przekazów źródłowych najbardziej uciążliwa dla wielu partyzantów była właśnie ta „marszowa” monotonia ciągłego przemieszczania się. Żołnierze szli wówczas zazwyczaj w szyku ubezpieczonym, znacznie rzadziej także w szyku podróżnym zwykłym, słabo ubezpieczonym (na terenach bardziej bezpiecznych). Przed wymarszem ustalano sygnały dla rozpoznania i ubezpieczenia (czołowego, bocznego, tylniego) dotyczące np. zatrzymania się, zajęcia stanowisk bojowych, nagłego zetknięcia się z przeciwnikiem lub ukrycia się. Często żołnierze maszerowali też szykiem torowym (jeden za drugim w odległości kilku kroków), gwarantującym podczas wejścia na ewentualną zasadzkę mniejsze straty w ludziach niż przy szyku zwartym.
Z kolei marsze ubezpieczone odbywały się w celu ukrycia tras przemieszczania się oddziału głównie nocą lub w czasie niepogody. Odpoczywano wtedy przeważnie w dzień. Zasięg takich marszów wahał się w granicach od kilkunastu do nawet 40 km. Krótkie przerwy na odpoczynek komendant zarządzał przeważnie po 5–7 km. Ze względów bezpieczeństwa partyzanci nie byli informowani o celu i kierunku przemarszu, co dodatkowo (oprócz rutynowych działań kontrwywiadowczych) zabezpieczało oddział. Podejmowane podczas marszu działania rozpoznawcze zmierzały do wykrycia przez grupy konnych i pieszych zwiadowców operujących w okolicach przemarszu ewentualnej zasadzki lub też zidentyfikowania stacjonujących na tym terenie wrogich pododdziałów. Kolumna marszowa brygady poprzedzona była penetrującymi najbliższy teren przemarszu 2–3 szperaczami posuwającymi się przed „szpicą”. Szperacze posuwali się szybkim krokiem lub truchtem, w miarę możliwości terenowych, bardzo ostrożnie i cicho. Musieli zachowywać kontakt wzrokowy i słuchowy ze „szpicą”, czyli wysuniętą drużyną ubezpieczenia, wystawionego przez wyznaczony pluton, idącą w gotowości bojowej na przedzie kolumny (straż przednia).
Tył maszerującej brygady był zamykany również przez ubezpieczenie w sile drużyny (straż tylnia). W środku takiego szyku maszerowała kolumna główna z taborami. Mniej więcej równolegle ze szperaczami ze straży przedniej z obu boków kolumny, w odległości kilkunastu lub kilkudziesięciu metrów (w zależności od zalesienia i widoczności), poruszało się, wykonując najcięższą chyba pracę zabezpieczającą 2–3 szperaczy bocznych (po każdej stronie maszerujących), również przeczesujących okoliczne tereny przemarszu. Praca szperaczy zmienianych ze względu na duży stres, fizyczne trudy tej służby i szybkie zmęczenie, po ok. 5 km marszu, była dość niebezpieczną, a przy tym odpowiedzialną i niewdzięczną działalnością zwiadowczą, szczególnie męczącą dla szperaczy bocznych. Musieli oni bowiem pokonywać wszelkie przeszkody terenowe (krzaki, zwalone drzewa, grzęzawiska, wertepy).
Marsze na akcję wydzielonego pododdziału uderzeniowego odbywały się zazwyczaj w szyku „gęsiego”. Po dotarciu do miejsca leśnej zasadzki obowiązywało staranne zatarcie śladów na trakcie gałęziami. Długie marsze z dużym obciążeniem (broń, oporządzenie, granaty), szybkie odskoki po akcjach ze zdobyczą i skromne wyżywienie, powodowały prędkie wyczerpywanie się możliwości fizycznych żołnierzy. „Oddział wracał spod Bezdan jedyną leśną drogą prowadzącą do Majkun przez podmokłe tereny. Był bardzo zmęczony całonocnym poprzednim marszem do Bezdan, odbytym w trudnych warunkach, absolutnych ciemnościach i przy zachowaniu absolutnej ciszy, żeby nie zdradzić przed Niemcami przedwcześnie swojej obecności”, zapisał w swoich wspomnieniach jeden z partyzantów.
Kwatery, w partyzantce zmieniane dość często, stanowiły dla żołnierzy krótkotrwałe schronienie i miejsce, gdzie po wyczerpujących marszach czy też akcji bojowej mogli zregenerować siły, posilić się, wyczyścić broń i mundury, przeprowadzić szkolenia, w tym ćwiczeniową kwarantannę dla nowych ochotników dołączających do brygady. I tak wejście brygady do wsi zamieszkanej przez ludność polską wywoływało niekiedy entuzjazm mieszkańców, jednak często też normalne, ludzkie obawy i strach o ewentualną akcję odwetową ze strony stacjonujących we pobliżu Niemców lub Litwinów. Demonstracyjne i zwarte wchodzenie do wsi, zarówno polskich, litewskich, jak i białoruskich, było jednak stosowane bardzo rzadko (miało to głównie znaczenie propagandowe). „Jurandowcy” rzadko wchodzili do wsi od czoła lub tyłu osiedla. Najczęściej, po ogólnym rozpoznaniu terenu przez szperaczy oraz wysłaniu w okoliczny teren patroli pieszych i konnych, partyzanci docierali do miejsca pobytu tyralierą od strony pól czy też lasu, wchodząc od razu w sam środek wsi. Tam rozdzielali się na dwie ubezpieczone grupy rozpoczynające w przeciwnych kierunkach penetrację całej wsi. Po takim sprawdzeniu miejsca kwaterunku, przed zarządzeniem postoju, mieszkańcy byli wypytywani o najbliższe punkty stacjonowania nieprzyjaciela, ich siłę ognia i liczebność.
Na kwaterach zatrzymywano się przeważnie na okres jednej doby. Taki kwaterunek nazywany był „dniówką”. Dłuższy postój nie trwał zazwyczaj więcej niż trzy dni, co związane było z koniecznością odblokowania zamkniętej siecią posterunków i wart miejscowości w celu umożliwienia jej mieszkańcom normalnego funkcjonowania. Zajęcie przez brygadę kwater we wsi wiązało się z przygotowaniem przez partyzantów miejsc noclegowych. Pododdziały stawały przeważnie we wsi w jednym miejscu jako zwarte grupy (drużyny, plutony). Zazwyczaj rozmieszczano drużynę na gospodarstwo tak, aby w przypadku alarmu nie było podczas zbiórki zamieszania z odnalezieniem „swoich”. Niekiedy zmęczeni żołnierze szli spać prosto z marszu, tylko po rozluźnieniu pasów, rozpięciu mundurów, w butach, z bronią koło siebie, z powodu wyczerpania, czasami nawet bez ciepłego posiłku, podawanego dopiero po krótkim wypoczynku. Myśleli wtedy jedynie o śnie.
Zimowe noce spędzali „Jurandowcy” przeważnie śpiąc pokotem w jednoizbowych chałupach. Typowy wygląd takiej chaty to podłoga z ubitej gliny, służący do gotowania, pieczenia chleba, ogrzewania i spania duży piec z gliny i cegieł w rogu domu. Wyraziście atmosferę takiej typowej kwatery przedstawił Czesław Pławski „Bej”: „Dla nas do snu była rozrzucona grubą warstwą po podłodze słoma, na której spoczywało trzynastu zmęczonych chłopaków. Zdjęte buty wydawały z przepoconych skarpet i onuc aromatyczny odór, który w połączeniu z zapachem kurzego gówna i krowiego łajna, wytwarzał specyficzne zagęszczanie powietrza. Próbowaliśmy nieraz odświeżyć atmosferę, ale rezultat był bardzo wątpliwy. W rzeczywistości nad rankiem muchy nie mogły już machać w locie skrzydłami. Czasami czuliśmy ból głowy [z powodu] z braku tlenu, o nim jednak zapominało się w czasie porannej gimnastyki na świeżym powietrzu i umyciu twarzy w lodowatej wodzie”.
Jeszcze w marcu i kwietniu powszechną normą odpoczynku w oddziale było cztery–pięć godzin snu na dobę. „Po odprawie dowódców plutonów i drużyn w sztabie, tymczasowej kwaterze „Juranda” nasi dowódcy omawiali z partyzantami zakres czekających nas zadań i obowiązków oraz czujność drużyny. Plac alarmowy, miejsca zbiórek wszyscy musieli znać. Każda drużyna wystawiała wartę w miejscu ustalonym przez drużynowego. Sekcyjni musieli dopilnować dyscypliny i porządku, godzin ćwiczeń, odpoczynku, jedzenia oraz poprawnego współżycia z miejscowymi gospodarzami z wioski. Ronty nocne, sprawdzanie posterunków i spokoju na kwaterach należało do żandarmerii oraz wyznaczonych żołnierzy z poszczególnych plutonów. „Sen na słomie, podłodze lub w stodole w mundurach rozpiętych, z bronią i nogi, w butach, pasy popuszczone. Bardzo ciężkie warunki, robactwo atakowało”, pisze w swoich wspomnieniach Henryk Paszkiewicz „Gil”. Miejsca w wiejskich chatach zajmowane przez „Jurandowców” na noclegi składały się najczęściej ze słomy rozścielonej na podłodze chaty, stodoły lub szopy.
Wileńszczyzna, kraj dużych leśnych kompleksów, bagien, jezior i piasków, stanowił teren niezbyt urodzajny dla tamtejszych mieszkańców. Ludność wiejska utrzymywała się głównie z rolnictwa, sadownictwa, mleczarstwa i hodowli. Co bardziej obrotni mieszkańcy wsi gustowali również w dziczyźnie pozyskiwanej jako efekt dość powszechnego w regionie kłusownictwa. Zasady aprowizacji oddziałów polowych oraz warunki rekwizycji na wsiach regulował rozkaz nr 5 Komendy Okręgu Wileńskiego AK wydany dopiero 12 kwietnia 1944 r. „U ludności cywilnej w miarę konieczności – polecał podległym sobie oddziałom płk Aleksander Krzyżanowski „Wilk” – mogą być rekwirowane tylko środki żywnościowe za sprawiedliwą opłatą. Żywić i zaopatrywać się zasadniczo należy z majątków upaństwowionych, biorąc tylko rzeczy i artykuły niezbędne, których odbiór należy kwitować. Rozmyślne niszczenie mienia i inwentarza jest niedopuszczalne”.
Sposób i zasady zaopatrzenia w żywność były również ściśle określone wewnętrznymi rozkazami wydawanymi w brygadach. W przeciwieństwie do oddziałów partyzantki sowieckiej w brygadach wileńskich AK zazwyczaj obowiązywało płacenie za żywność pozyskaną od ludności polskiej. Należności wypłacane były w markach przez kwatermistrzostwo brygady. Za dodatkowe porcje płacili ze skromnego i nieregularnie wypłacanego żołdu sami partyzanci. W polskich zaściankach i dworkach próby zapłaty ze strony żołnierzy AK spotykały się z reguły z odmową lub nieskrywanym oburzeniem. „Jadło się wtedy, gdy był ku temu czas i było co zjeść. Żywność zdobywano dorywczo (...). Wyżywienie oddziału oparliśmy o majątki, oszczędzając [polską] wieś”, pisał w swoich wspomnieniach por. Borys Sztark „Ptasznik”. Znacznym uzupełnieniem i odciążeniem dla polskiej wsi okazywały się wyprawy rekwizycyjne oddziałów wileńskiej AK, w tym „Jurandowców”, na tereny (enklawy) rdzennie litewskie.
Na dłuższych postojach brygady popularne wśród partyzantów były pojedyncze (znacznie łatwiejsze do wykonania, jednak niezbyt bezpieczne) lub grupowe (zazwyczaj w kilka osób) wyprawy zaopatrzeniowe do okolicznych zaścianków i kolonii, zwane potocznie „bambioszkami”. Sama nazwa oznaczająca „nalot”, „bombardowanie” została zapożyczona od partyzantów sowieckich, nie posiadających często oparcia w terenie i z tego powodu, bezwzględnie rabujących, „bombiących” mieszkańców Wileńszczyzny, nie tylko z żywności i odzieży, ale też i wszelkich cenniejszych lub użytecznych przedmiotów. W wykonaniu „Jurandowców” tego typu akcje zaopatrzeniowe (niepłatne i rekwizycyjne) nie były raczej szkodliwe dla polskiej ludności. Wsie litewskie i białoruskie były jednak poddawane dość dotkliwym rekwizycjom. Janusz Grzesik-Grzenicki „Leszek” stwierdzał: „[Zabierano] przede wszystkim żywność, ale przy okazji też takie rzeczy, jakie aktualne mogły się przydać, jak np. kożuszek, rękawice itp. Nie pamiętam [jednak], aby kiedykolwiek było [w polskich wsiach] zabierane ‘coś na siłę’. Było to jakby takie ‘wypraszanie’, raz przyjmowane bardziej życzliwie, raz mniej. Oczywiście także słowem ‘bambioszka’ było określane zabieranie dużych ilości żywności u Litwinów, ale to już było robione bez oglądania się na reakcję właścicieli”. Zakres takiej polskiej „bambioszki” obejmował głównie żywnościowe produkty pierwszej potrzeby takie jak słonina, smalec, mięso, chleb, mleko w ilościach możliwych do przeniesienia (lub przewiezienia na wozie) przez wysłaną specjalnie w tym celu w teren grupę kilku partyzantów.
Natomiast przymusowe rekwizycje były przeprowadzane przez oddziały wileńskiej AK na wsiach głównie litewskich i białoruskich. U „Jurandowców” praktykowano także wysyłanie specjalnych patroli żywnościowych konfiskujących produkty w gospodarstwach Litwinów. Na tego rodzaju wyprawy wysyłani byli doświadczeni partyzanci, obyci z bronią, znający zwyczaje miejscowej ludności, umiejący zachować się w sytuacjach nieprzewidywalnych. Kilkakrotnie zostały zorganizowane również większe rajdy zaopatrzeniowe na tereny graniczne przedwojennej Litwy. Uczestnicy jednej z takich wypraw (brało w niej udział kilkunastu partyzantów) przyprowadzili do oddziału bydło, nierogaciznę oraz przywieźli na taborach zabeczkowane mięsiwo i uwędzoną słoninę. „Brałem udział w jednej z takich wypraw. Jej efektem było przywiezienie do brygady około 20 wozów żywności i przyprowadzenie podobnej ilości bydła. To żywe towarzystwo brygady było pozostawiane w gospodarstwach polskich, gdzie kwaterowaliśmy i zabierane do brygady pod nóż dopiero, gdy taka potrzeba istniała. Z tych pozostawionych krówek korzystaliśmy jeszcze w październiku 1944 r. jako oddział samoobrony por. »Mścisława« (Mariana Plucińskiego) z 5. Brygady »Łupaszki«”, pisał w swoich wspomnieniach Janusz Grzesik-Grzenicki „Leszek”.
W brygadzie por. „Juranda” przyjął się zwyczaj, że zapobiegliwi i przewidujący żołnierze mieli w chlebakach suche zaopatrzenie na co najmniej jeden–dwa dni. „Jedzenie każdy z partyzantów nosił ze sobą. Kuchni nie było, podobnie jak żadnych garnków, czy też zapasowej żywności”, taki obraz z połowy marca zanotował w swojej pamięci wspomniany wyżej dowódca zwiadu konnego. W kwietniu 1944 r. wprowadzono na wyposażenie służb aprowizacyjnych kotły przewożone w taborach kwatermistrzostwa. Dopiero jednak podczas zasadzki zorganizowanej pod Drużylami „Jurandowcy” przejęli z rozbitego taboru niemieckiego wojskową kuchnię polową wraz z wozami do jej transportu i obfitym zaopatrzeniem. Była ona jednak kłopotliwa w transporcie ze względu na większy rozstaw kół niż koleiny wyżłobione w wileńskich traktach przez chłopskie wozy i furmanki.
Głód, i to powszechny w brygadzie, panował, gdy podkomendni ppor. „Koraba” docierali do Wilna. Dopiero walki uliczne w mieście stały się okazją do zaspokojenia wygłodzonych żołnierzy z operującej w mieście „szturmówki”. Partyzanci posiadali wtedy w chlebakach albo przy pasie dodatkowo jeszcze woreczki cukru „na czarną godzinę”. Od spotykanych zwiadowców sowieckich „szturmowcy” ppor. „Koraba” otrzymywali również sporadycznie suchary i słoninę. Nie wszystkie jednak zgromadzone w Wilnie przez Niemców zapasy żywności mogły być wykorzystane przez żołnierzy AK. Kierowca zmotoryzowanej „szturmówki” brygady, Zygmunt Korybut-Daszkiewicz „Szofer”, doznał dość traumatycznego przeżycia. „Z nieba lał się żar, na ulicy leżały ogromne ilości rozbitego szkła, żelastwa i spuchniętych trupów. Stanowiło to szczególny widok i robiło okropne wrażenie. Podczas akcji oczyszczania z Niemców terenu Uniwersytetu na ulicy Zakręt, gdzie Niemcy zorganizowali szpital wojskowy, natrafiłem na magazyn chleba. Znajdujący się w nim żołnierz został rozerwany na strzępy przez granat lub pocisk z granatnika. Cały zmagazynowany chleb był zafarbowany krwią i ochlapany szczątkami zabitego. Nie dawał się do spożycia nawet przez głodnego partyzanta”.
Regularne szkolenie było koniecznością i typowym elementem życia codziennego żołnierzy, co trzeba jednak przyznać, niezbyt przez nich lubianym, docenianym dopiero w akcjach bojowych. Młodzi ludzie kierowani do oddziału nie mieli dotychczas wiele wspólnego z wojskiem. Byli jedynie po krótkich kursach ogólnych z okresu konspiracji. Aby przeżyć w lesie i skutecznie walczyć musieli zdobyć przynajmniej podstawy sztuki walki partyzanckiej. Szkolenie strzeleckie utrudniał jednak od samego początku powszechny brak amunicji i broni. Taki stan warunkował również ćwiczenia w zakresie taktyki: niewielka siła ogniowa zmuszała do działań typowo partyzanckich, walki małym oddziałem z zasadzki, zaskoczenia, bliskiej odległości. Wyszkolenie bojowe w oddziale starano się prowadzić w miarę systematycznie. Jednak ze względu na częste zmiany miejsca pobytu., akcje zbrojne, obowiązkowe warty i patrole, odskoki i przemarsze szkolenie pojedynczego partyzanta było uzależnione głównie od jego (i dowódców) możliwości czasowych i fizycznych. Wykorzystywano przeważnie czas wolny na kwaterach. W przypadku złej pogody partyzanci szkolili się w miejscach postoju brygady, stodołach (musztra) lub pomieszczeniach mieszkalnych (nauka o broni). „Nieraz chłopcy przeklinali naszych dowódców – instruktorów, kiedy wykorzystywali każdy parodniowy postój na ćwiczenia, wyciskając ostatnie poty z drużyn i plutonów. Skutek tego był taki, że stopniowo poziom wyszkolenia, posługiwania się bronią, wzajemne ubezpieczanie ogniem podczas ataku i odwrotu, określanie dozorów prowadzenia ognia na zasadzkach, wzrastały bardzo szybko”, stwierdza w swojej relacji Henryk Trojanowski „Hena”.
Zakres szkolenia „Jurandowców” kładł nacisk na obsługę broni i taktykę walki małymi pododdziałami, skutecznymi w wojnie podjazdowej. Do kanonu najważniejszych zajęć prowadzonych w polu należały: ranna zaprawa fizyczna; szkolenie strzeleckie; nauka teoretyczna i praktyczna o broni polskiej i uzbrojeniu armii obcych (w tym rozkładanie i składanie, konserwacja, proste naprawy, zasady bezpieczeństwa, obsługa); amunicja, granaty, lonty, zapalniki; taktyka walki drużyny i plutonu (podejście, natarcie, obrona, wycofanie); terenoznawstwo; musztra luźna i zwarta; regulamin służby wartowniczej i patrolowej. W okresie szkoleniowym ochotnicy docierający do brygady z reguły najpierw byli kierowani do taborów. Tam mieli odbywać obowiązkowy, partyzancki staż. Dopiero po kilku tygodniach byli przenoszeni do drużyn „liniowych”. Swoje pierwsze obycie z partyzanckim życiem zdobywali również w plutonie szkolnym legionisty i działacza Związku Strzeleckiego, zawodowego podoficera WP z Wilna st. sierż. Andrzeja Błachańca „Kaczana”. W składzie tego plutonu znajdowała się nieuzbrojona drużyna nazywana przez brygadowych weteranów trochę ironicznie „bokserami”. Od drugiej połowy maja praktyczne szkolenie młodszych dowódców przejęła kompania szturmowa ppor. Romana Żebryka „Koraba”. W jej ramach został zorganizowany polowy kurs podoficerski i kurs podchorążych.
Higiena osobista to również sfera życia „Jurandowców” związana z ich codzienną egzystencją. Jeden z młodszych dowódców tego oddziału pisał: „W oddziałach partyzanckich trudno było utrzymać higienę osobistą. W zimie, gdy większość noclegów wypadała w wiejskich chałupach wszy i pluskwy odbierały nam sen, dominowały też pchły w ilościach wręcz nieopisanych”. Długotrwałe marsze z obciążeniem, patrole w terenie i wypady do wsi, spanie pokotem w wiejskich chatach, skutkowały niemożnością utrzymania względnej czystości. „Z higieną były jednak problemy – zapamiętał z kolei Tadeusz Pławski „Rakoczy” – nie zawsze gospodarz wiejskiej chaty mógł piętnastu ugościć i udostępnić im ciepłą wodę i mydło”. W dużej mierze stan higieniczny brygady zależał od nawyków, przyzwyczajeń i samodyscypliny poszczególnych partyzantów. I tak strzyżenie następowało podczas wyjazdów do rodzinnych domów oraz podczas pobytu żołnierzy na kwaterach z użyciem ręcznych maszynek i nożyczek. Wszy, również powszechne utrapienie i w innych brygadach wileńskiej AK, likwidowane były między innymi przy pomocy specjalnego rodzaju octu sabadylowego. Do tych problemów latem dochodził jeszcze doskwierający już od czerwca upał i przepocone mundury. Partyzanci korzystali najczęściej z wody w okolicach rzeczek, stawów i wiejskich studni. Zimą występowały znacznie większe trudności z utrzymaniem higieny niż latem. Stosowano wtedy beczki z wodą ogrzewaną poprzez wrzucenie do nich kilku rozgrzanych na palenisku kamieni. Zazwyczaj na dłuższych postojach kadra dowódcza obligatoryjnie zarządzała kąpiel wszystkich partyzantów w baniach przygotowywanych przez lokalnych gospodarzy. Zmiany bielizny i onucy (zapasowe komplety noszone były przez zapobiegliwych w chlebakach) zależała również od samych partyzantów, a także od ich kontroli np. przez sekcję sanitarną.
W swoich relacjach żołnierze brygady wskazują na niezliczone ilości pluskiew uprzykrzających im codzienną egzystencję i służbę. Niektórzy z „Jurandowców” posiedli jednak również i inny skuteczny sposób likwidacji insektów – poprzez wykładanie w czasie postojów odzieży i bielizny osobistej na kopcu mrowiska. Co ciekawe problem ten nie występował w kawalerii. „Nie nękały nas wszy. Chyba dlatego, że staraliśmy się utrzymywać higienę osobistą, kąpać w łaźniach i, co istotne, przykrywaliśmy się derkami spod siodła, a wszy jakoby nie znoszą zapachu końskiego potu”, pisał żołnierz zwiadu konnego Zygmunt Krzymowski „Pocisk”. Nie jest pewne, czy faktycznie istniał związek przyczynowo-skutkowy między używaniem derek a ilością pluskiew, z pewnością jednak, jak wskazują źródła relacyjne, często kawalerzyści zajmowali we wsiach najlepsze i najczystsze kwatery.
Uroczystości, rzecz rzadka w codziennym życiu partyzanta, były organizowane w miarę skromnych możliwości każdego z wileńskich oddziałów AK. W brygadach obchodzone były z reguły uroczystości państwowe, katolickie i prywatne (np. urodziny dowódców, inspektorów, czy też mniej skromnie poszczególnych żołnierzy). Pomocy przy organizacji takich uroczystości, obchodzonych zgodnie z tradycją państwową i kościelną, udzielała z reguły miejscowa ludność polska w danym miejscu postoju brygady. Pamiętano również o rozpowszechnionym na Wileńszczyźnie kulcie Józefa Piłsudskiego. Wśród „Jurandowców” w Legionach służył wspominany już tutaj między innymi dowódca plutonu szkolnego brygady st. sierż. Andrzej Błachaniec „Kaczan”. Czesław Pławski „Bej” w swoich wspomnieniach zapisał, że po śmierci Marszałka w maju 1935 r. w ich rodzinie zapanował smutek. „Koniec z Polską” miała stwierdzić matka braci Pławskich. Już podczas przebywania w polu również pamiętano o Komendancie.
Większe uroczystości zostały zorganizowane przez siatkę terenową z Bujwidz podczas koncentracji i kontroli inspekcyjnej Komendy Inspektoratu mającej miejsce w Rubnie w kwietniu 1944 r. Po formalnym zatwierdzeniu przekształcenia oddziału por. „Juranda” w brygadę partyzancką Komenda Okręgu zleciła przeprowadzenie Komendzie Inspektoratu „A” typowej inspekcji jednostki zatwierdzonej jako samodzielny oddział partyzancki AK. Inspektor mjr dypl. Antoni Olechnowicz „Pohorecki” przybył ze swoim sztabem do Rubna 17 kwietnia. Zapoznał się z organizacją, stanem ilościowym, uzbrojeniem i wyposażeniem brygady. Następnego dnia odbył się polowy apel brygady oraz przysięga nowych ochotników, w tym tych z siatki Bujwidzkiej.
Uroczysty przebieg miała też koncentracja II zgrupowania z formalnym przyjęciem w jego skład 1. Brygady Wileńskiej. Odbyła się najprawdopodobniej około 20 czerwca w rejonie miejscowości Bujki–Barany, z licznym udziałem mieszkańców przybyłych z okolicznych wsi i zaścianków. Miały wtedy miejsce przemówienia kadry oficerskiej, polowa msza święta odprawiona przez ks. Józefa Prejssera „Protazego”, defilada oddziałów przed sztabem zgrupowania, a następnie ogniska i występy uzdolnionych artystycznie partyzantów z kilku brygad, deklamacje i skecze. W ruch poszły wówczas wydobyte z taborów gitary i harmonie czy też partyzanckie harmonijki ustne. Mjr dypl. Mieczysław Potocki „Węgielny” tak charakteryzował w swoich wspomnieniach koncentrację podległych mu oddziałów: „Dzień ten był obchodzony uroczyście. Zebrały się brygady 1., 4., 23. i 36. oraz oddziały specjalne. 24. Brygada pozostała chwilowo w obwodzie brasławskim celem uzupełnienia stanów liczbowych. Dzień był pogodny i ciepły. Na polanie leśnej ozdobionej narodowymi flagami i orłami z zieleni powiewał wysoko wyciągnięty sztandar Rzeczypospolitej. Polana powoli zapełniała się żołnierzami, prawie wszyscy w mundurach i z bronią w ręku. Kolejno odebrałem raporty od dowódców brygad, poczym wygłosiłem krótkie powitalne przemówienie, w którym podałem powody tworzenia nowego związku taktycznego, jakim było Zgrupowanie nr 2. Przy okazji przypomniałem żołnierzom partyzantom ich prawa i obowiązki. Po moim przemówieniu nastąpiła msza święta”.

Skrócony rozdział pracy: T. Balbus, Jurandowcy. Powstańcy wileńscy roku 1944. Dzieje i życie codzienne żołnierzy 1. Brygady Wileńskiej Armii Krajowej (w druku).



http://www.klub-generalagrota.pl/portal ... ady_J.html

_________________
SPECOPS
FIRST TO FIGHT

https://www.facebook.com/SPECOPS.POLAND


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 1 ] 


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL